Durchgangslager 121 w Pruszkowie. Obóz, przez który przeszła wypędzona Warszawa
9.09.2026

Durchgangslager 121 w Pruszkowie. Obóz, przez który przeszła wypędzona Warszawa

 

Durchgangslager 121 w Pruszkowie. Obóz, przez który przeszła wypędzona Warszawa

Czy stojąc dziś przy dawnych Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Pruszkowie, można wyobrazić sobie, że osiemdziesiąt dwa lata temu właśnie tutaj kończyła się Warszawa znana jej mieszkańcom?

Za murami przemysłowego kompleksu tysiące ludzi po raz ostatni próbowały odnaleźć swoich bliskich. Matki tuliły dzieci, starsi podtrzymywali się nawzajem, a ranni kładli się na betonowych posadzkach hal. W dłoniach ściskano niewielkie walizki, tobołki i przedmioty zabrane w pośpiechu z opuszczanych mieszkań. Nikt nie wiedział, dokąd trafi następnego dnia. Nikt nie mógł być pewien, czy rodzina, która jeszcze przed chwilą szła razem, za moment nie zostanie rozdzielona. To właśnie tutaj znajdował się Durchgangslager 121, znany jako Dulag 121. Największy niemiecki obóz przejściowy utworzony dla ludności wypędzanej z walczącej Warszawy i okolicznych miejscowości. Według szacunków przez obóz w Pruszkowie przeszło, co najmniej 400 tysięcy ludzi.

6 sierpnia 1944 roku hale kolejowych warsztatów zamieniono w obóz przejściowy.

Był to szósty dzień Powstania Warszawskiego. Niemieckie oddziały prowadziły brutalną pacyfikację miasta, a mieszkańców dzielnic zajmowanych przez okupanta wypędzano z domów. Pozwalano im zabrać jedynie podręczny bagaż. Ludzie opuszczali mieszkania, w których często spędzili całe życie, nie wiedząc, że dla wielu z nich drzwi zamykane tego dnia miały już nigdy się nie otworzyć. Wypędzonych kierowano do punktów zbornych, między innymi do kościoła św. Wojciecha na Woli, na Zieleniak przy ulicy Grójeckiej oraz na teren wyścigów konnych na Służewcu. Stamtąd pędzono ich pieszo lub przewożono transportami kolejowymi do Pruszkowa. Wielu docierało do obozu po dniach spędzonych w piwnicach, pośród bombardowań, pożarów i ruin. Byli wyczerpani, głodni, ranni i wstrząśnięci tym, co pozostawili za sobą. Dulag 121 utworzono na terenie nieczynnych Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Miejsce wybrano nieprzypadkowo. Rozległe hale pozwalały zgromadzić ogromną liczbę ludzi, a istniejąca infrastruktura kolejowa ułatwiała organizowanie dalszych transportów. Obóz funkcjonował od 6 sierpnia 1944 roku do 16 stycznia 1945 roku, choć główna fala wypędzonych trafiła do niego podczas Powstania Warszawskiego i bezpośrednio po jego kapitulacji.

W Pruszkowie człowiek przestawał być mieszkańcem własnego miasta. Stawał się częścią transportu.

Warunki panujące w obozie były dramatyczne. Hale nie zostały przygotowane na przyjęcie dziesiątek tysięcy ludzi. Wypędzeni tłoczyli się na zabrudzonych betonowych posadzkach, pośród smarów, pozostałości maszyn i robactwa. Brakowało bieżącej wody, urządzeń sanitarnych, lekarstw, żywności i miejsc do odpoczynku. Przebiegające przez hale kanały rewizyjne, służące wcześniej do naprawy wagonów, zamieniły się w doły kloaczne. Tłok bywał tak wielki, że część ludzi nie mogła się położyć. Dzieci zasypiały na kolanach rodziców. Chorzy czekali na pomoc, której często nie można było im udzielić. Niektórzy wybierali noc pod gołym niebem, ponieważ pobyt wewnątrz przepełnionych hal stawał się nie do zniesienia. Jedna z osób niosących pomoc wypędzonym porównała dochodzący z obozu gwar do szumu wzburzonego morza. Przed nią znajdowało się jednak nie morze wody, lecz „morze ludzi”, wezbrana fala ludzkiego nieszczęścia. 

Najbardziej dramatycznym momentem pobytu w Dulagu była selekcja.

Przybywających rozdzielano według wieku, stanu zdrowia i zdolności do pracy. O przyszłości człowieka mogło zdecydować jedno spojrzenie niemieckiego urzędnika lub gestapowca. Osoby uznane za zdolne do pracy kierowano do transportów w głąb III Rzeszy. Podejrzanych o udział w Powstaniu Warszawskim wysyłano do obozów koncentracyjnych. Matki z dziećmi, kobiety ciężarne, osoby chore i starsze wywożono do różnych miejscowości Generalnego Gubernatorstwa, często bez środków do życia i bez informacji, gdzie znajdują się ich najbliżsi. Selekcja rozdzielała rodziny. Mąż znikał w jednej kolumnie, żona w drugiej. Starsze dzieci uznawano niekiedy za zdolne do pracy i odbierano rodzicom. Ludzie próbowali ukrywać choroby bliskich albo przeciwnie, przekonać komisję, że zdrowa osoba jest zbyt słaba, by trafić na roboty przymusowe. Każdy gest mógł oznaczać ocalenie, lecz mógł także prowadzić do rozłąki, która miała trwać miesiące, lata, a czasem już nigdy się nie skończyć. 

Z Pruszkowa odchodziły pociągi w nieznane.

Dla jednych Dulag 121 był przystankiem na drodze do pracy przymusowej. Dla innych początkiem transportu do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Kolejnych wywożono do miejscowości znajdujących się na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Osłabieni, pozbawieni domów i podstawowych środków do życia musieli rozpoczynać tułaczkę w obcym miejscu. Na zachowanej przez Muzeum Dulag 121 Liście Pamięci obok nazwisk więźniów pojawiają się krótkie zapisy: obóz koncentracyjny, praca przymusowa, ucieczka z transportu, wyprowadzenie z obozu, śmierć. Za każdym z tych określeń kryje się odrębna historia człowieka, rodziny i utraconego domu. Na liście znajdują się zarówno osoby dorosłe, jak i dzieci, w tym urodzone w pierwszych latach okupacji.

W miejscu upokorzenia pojawiła się jednak również odwaga niesienia pomocy.

Do obozu dopuszczono polski personel sanitarny i pomocniczy. W działania na rzecz wypędzonych zaangażowali się pracownicy Rady Głównej Opiekuńczej, Polskiego Czerwonego Krzyża, Wojskowej Służby Kobiet oraz mieszkańcy Pruszkowa i okolicznych miejscowości. Dostarczano żywność, lekarstwa, prześcieradła i najpotrzebniejsze przedmioty. Sanitariuszki wyszukiwały chorych, pomagały dzieciom i osobom starszym, próbowały także chronić rodziny przed rozdzieleniem. Niosący pomoc działali pod kontrolą niemieckich strażników i w warunkach nieustannego zagrożenia. Mimo to podejmowali próby wyprowadzania ludzi z obozu, ukrywania osób zagrożonych transportem i wystawiania zaświadczeń pozwalających uznać więźnia za chorego lub niezdolnego do pracy. Czasem o ocaleniu decydowało kilka słów zapisanych na kartce. Innym razem biały fartuch, odwaga sanitariuszki albo otwarte drzwi domu mieszkańca Pruszkowa. Ich działania przypominają, że nawet w miejscu stworzonym, aby odbierać ludziom wolność i nadzieję, można było przeciwstawić złu solidarność, współczucie i gotowość do służby drugiemu człowiekowi.

Dziś na terenie dawnego obozu nie słychać już krzyku rozdzielanych rodzin ani stukotu wagonów odjeżdżających w nieznane.

Pozostała jednak pamięć. Pamięć o ludziach, którzy jeszcze kilka dni wcześniej byli mieszkańcami Warszawy. Mieli własne domy, codzienne obowiązki i plany. Nagle stali się wygnańcami, pozbawionymi pewności, czy zobaczą ponownie swoje ulice, bliskich i miasto, z którym związali całe życie. Dulag 121 nie był jedynie punktem na mapie niemieckiego systemu deportacji. Był miejscem, w którym rozstrzygały się losy setek tysięcy osób. Tutaj kończyła się droga ze zrujnowanej Warszawy, a rozpoczynała tułaczka po obozach, fabrykach i nieznanych miejscowościach. Tutaj rodziny mówiły sobie ostatnie słowa, często nie wiedząc, że są one pożegnaniem.

Jeżeli będziecie przechodzić obok murów dawnych zakładów w Pruszkowie, zatrzymajcie się na chwilę. Pomyślcie o gwarze wypełniającym hale, o dzieciach zasypiających na walizkach i o ludziach, którzy pośród chaosu próbowali odnaleźć swoich najbliższych. Spójrzcie na to miejsce nie jak na pozostałość dawnego zakładu przemysłowego, lecz jak na symboliczną bramę, przez którą przeszła wypędzona Warszawa.

Bo za każdą liczbą kryje się człowiek. Za każdą walizką dom. Za każdym nazwiskiem historia, której nie wolno zapomnieć.

Zespół prasowy DWOT

dr Marcin BARANOWSKI